(rozmowa z Andrzejem Titkowem scenarzystą, reżyserem, producentem ponad 80 filmów dokumentalnych i fabularnych, a także  twórcą  programów telewizyjnych i przedstawień TTV, b. wykładowcą uniwersyteckim)

-  Film dokumentalny  „Album rodzinny” poświęcony jest Pana rodzinie, Pana przodkom,
Pana korzeniom. Zrealizował go Pan w 2013 roku, będąc po sześćdziesiątce. Czy to właśnie wtedy nadszedł właściwy czas ?

- Trudno to określić jednoznacznie. Może rzeczywiście należałoby się za to zabrać nieco wcześniej, ale miałem bogate życie twórcze, zrealizowałem wiele filmów. Podążałem za swymi zainteresowaniami, obsesjami.  I dopiero w pewnym momencie zacząłem interesować się historią własnej rodziny. Myślałem coraz bardziej, by zmierzyć się z własną przeszłością. Wciąż to jednak odkładałem zajęty sprawami bieżącymi. I dopiero śmierć mojej mamy spowodowała, że poczułem impuls, by działać.

- Na filmie wszystko sprawnie i gładko wyglądało: wartka akcja, Pana i pańskiej siostry wędrówki po Lublinie, wasze rozmowy o dziadkach, interesujące wypowiedzi historyków, autentyczne dokumenty. Ile czasu zajęła Panu dokumentacja i przygotowanie materiałów do filmu?

- Chciałem powiedzieć, że ten film jest inny od wszystkich, które do tej pory zrobiłem, bo jest
o mojej rodzinie czyli o mnie, więc jest bardzo osobisty.  Dziś myślę, że wszystkie filmy,
które robiłem są też osobiste, w mniejszym, czy większym stopniu. Robiąc film angażuję się całkowicie, odwołuję się do swoich emocji, do własnego doświadczenia.„Album rodzinny” różni się od moich innych filmów z kilku powodów. Sam występuję w nim w roli narratora. Bierze w nim udział prawie cała rodzina, moja siostra, mój syn i wnuk. Przygotowania do tego filmu trwały prawie dwa lata.

tit

  - Ale kilka ról filmowych, może nie pierwszoplanowych, ma Pan w swoim dorobku

- Owszem, zagrałem parę epizodycznych rólek w filmach fabularnych. W swoich filmach dokumentalnych siedziałem na ogół po drugiej stronie kamery. Czasami pojawiałem się na chwilę, włączałem jakieś swoje pojedyncze pytania. Tym razem bez wahania zdecydowałem, że będę w tym filmie obecny w pełnym wymiarze, niemal nieustannie. Uznałem, że mam do tego prawo, by tę historię opowiedzieć osobiście. Wydawało mi się naturalne, by włączyć w narrację innych członków rodziny, bo ich też interesuje ta historia. Oprócz mojej siostry Olgi, bardzo aktywnie wspierał mnie mój wnuk Szymon, wówczas student Wydziału Historii U.W. Jako przyszły historyk interesował się tym niejako zawodowo, a jako członek rodziny był zaangażowany także osobiście. W filmie ważny był także wątek literacki, ponieważ główna protagonistka, moja prababka Franciszka Arnsztajnowa była uznaną poetką. Osobą niezwykle szanowaną w środowisku literackim ze względu na wykształcenie, intelekt, osobowość i dorobek twórczy. Od dawna fascynowała mnie jej bliska relacja z Józefem Czechowiczem, poetą dla mnie bardzo ważnym, którego mimo, znacznej różnicy wieku, traktowała po partnersku. Franciszka Arnsztajnowa, wspólnie z Józefem Czechowiczem powołali do życia oddział Związku Literatów w Lublinie. On, po wyborze na przewodniczącego, zrzekł się tej funkcji na jej rzecz. Współpracowali ze sobą w Lublinie, a potem, gdy oboje przenieśli się do Warszawy, nadal utrzymywali bliski kontakt. Fascynowała mnie także droga duchowa Franciszki. Jej decyzja o konwersji religijnej (przeszła na katolicyzm), która nie uchroniła jej jednak przed śmiercią w warszawskim Getcie,  w niewyjaśnionych do końca okolicznościach.

-  Czy każdy człowiek powinien szukać swoich korzeni?

- Nie lubię takiego sformułowania – powinien. Myślę, że to naturalny odruch, teraz obserwujemy, że ludzi to bardzo interesuje. Jeśli czynimy takie poszukiwania z potrzeby dowiedzenia się czegoś więcej o naszych przodkach, o przeszłości, a jednocześnie wzbogacamy wiedzę o sobie samych, ale raczej z myślą o przyszłości, to pomaga nam zrozumieć wszystko co z nami się dzieje. Ja także w podobny sposób to potraktowałem, bo zawsze, także w innych filmach, które robiłem, interesowało mnie to jak biografia pojedynczego człowieka jest wpisana w wielka historię.

- Jednym z filmów dokumentalnych, które Pan zrealizował był film o Jacku Kuroniu
(Pana instruktorze harcerskim i autorytecie)

- Wiele takich filmów z historią w tle zrobiłem, zarówno o ludziach żyjących, jak również  o tych, którzy umarli. Jacek Kuroń był dla mnie ważnym człowiekiem. Miał wpływ także na moje życie. Nasze doświadczenia były odmienne, ale mieliśmy wiele wspólnego, więc robiłem ten film con amore, mając świadomość, że ten wielki człowiek odchodzi. On natomiast do końca żył pełnią życia, choć miał świadomość co się z nim dzieje.

- A inni bohaterowie Pańskich filmów biograficznych? Czy zawsze byli dla Pana byli wzorem, autorytetem?

- Zrobiłem bardzo dużo filmów o pisarzach, poetach, artystach, ale robiłem także filmy o zwykłych, nieznanych, anonimowych ludziach. Niektórzy byli autorytetem w pewnych sprawach, inni nie. Nie szukam wzorów, ani autorytetów, choć czasami znajduję. 

- Przed czterema dekadami  jako studentka w Krakowie miałam przyjaciół, którzy prowadzali mnie na seanse filmowe do DKF-u . Tam widziałam Pana wczesne filmy dokumentalne o tzw. zwykłych ludziach m.in. ”Drukarza” i „Ławkę”. Czy Pan je pamięta?

- „Drukarz” to bardzo wczesny film, słabo go pamiętam i niewiele dzisiaj dla mnie znaczy, natomiast „Ławka” to film bardzo ważny. Cenię go wysoko. Wiążą się z nim ważne doświadczenia zawodowe. Był to film zupełnie inny od pozostałych, oparty na wyrazistym pomyśle formalnym-redukcji świata do jednej parkowej ławki. Poprzez sytuacje zaobserwowane na tej ławce chciałem stworzyć syntetyczną opowieść o życiu ludzi, ich emocjach i dążeniach, o naszym tu i teraz . Wydarzyło się wiele z tych sytuacji, które założyłem, ale nie wszystkie. Dziś myślę, że gdybym miał więcej czasu, a przede wszystkim taśmy filmowej, której mieliśmy niewiele, bo była reglamentowana, to być może udałoby się zaobserwować wszystkie założone sytuacje. Ale nie było warunków, są więc w filmie pewne sytuacje, które zostały sprowokowane.

- Przez Pana?

- Tak, przeze mnie. Ale nie naginałem rzeczywistości, korzystałem z obserwacji, z własnego doświadczenia. Trzeba pamiętać, że działo się to w latach 70. ubiegłego wieku. Obyczajowość była nieco inna niż obecnie. Klasyczną sceną, jaką można było zaobserwować na parkowej ławce, był tzw. podryw. Nie udało nam się tego zaobserwować, więc posadziłem na ławce na wabia pewną dziewczynę. Na efekty nie musieliśmy długo czekać i scena została nakręcona. Była bardzo naturalna, bo tylko ona wiedziała że jest filmowana, a jej rozmówca już nie.

15442353 10154791436482403 3706528006024670490 n

- Gdyby zechciał Pan określić swoje zasady jeśli chodzi o robienie filmu dokumentalnego,
czy dopuszcza pan ingerencje w zachowania bohaterów, zabiegi kreacji sytuacji ?

- Te wszystkie zasady, których nas w naszym pokoleniu nauczono i których przestrzegaliśmy,
w tej chwili są nieważne. Dziś niewielu twórców tego kanonu przestrzega. Dziś zupełnie

inaczej robi się filmy dokumentalne. Ja natomiast byłem wierny temu czego nauczyłem się
od Jerzego Bossaka i Kazimierza Karabasza i uważałem, że w dokumencie nie powinno się inscenizować, choć czasami pozwalałem sobie na to. Ale wtedy nie ukrywałem, że to inscenizacja. W filmie „Sztuka błądzenia”, którego bohaterem jest Henryk Waniek są maleńkie scenki inscenizowane.  W filmie o artyście wydawało mi się to uzasadnione. Podobnie postąpiłem realizując film „Przechodzień”, o Tadeuszu Konwickim. Tam też było kilka scen inscenizowanych, stanowiły komentarz, miały odrębną formę. To te wyjątki, które potwierdzają regułę. W przeważającej większości moich filmów dokumentalnych niczego nie inscenizowałem. Sam, jako widz, bardzo niechętnie reaguję na inscenizowane sceny w filmach dokumentalnych. Wydają mi się sztuczne i najczęściej, całkiem zbyteczne. Wychowałem się na szlachetnym dokumencie , gatunku , który nic nie udaje , który jest dosyć surowy.

- Dziękuję za rozmowę.  

 ------------------------------------------

Tekst : Helena Kwiatkowska

Foto: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10154791436477403&set=picfp.806477402.10154791436447403&type=3&theater

  • Film A. Titkowa pt. „Album rodzinny” można obejrzeć na: ninateka.pl/ film/album-rodzinny-andrzej-titkow
  • Rozmowę z A. Titkowem przeprowadzono 19.08.17 dzięki uprzejmości p. Wiesławy Piećko w siedzibie Fundacji BONIN pod Łobzem, gdzie film był prezentowany uczestnikom międzynarodowego projektu „Wake – up !”.