Leszek Pietrowiak

(rozmowa z satyrykiem i prawie poetą, Leszkiem Pietrowiakiem).

Na tym świecie nic nie jest normalne
więc czyś młody czy masz już coś z grzyba
co dzień rano pielęgnuj swą palmę
może kiedyś komuś się przyda.

Jesteś autorem tekstów satyrycznych emitowanych podczas „Powtórki z rozrywki” w radiowej „Trójce”, pisałeś także teksty piosenek dla zespołów rockowych, a później zmierzyłeś się z trudną literacko materią - prozą Bruno Schulza. Kiedy zacząłeś pisać pierwsze teksty?

Odpowiem niebanalnie: już jako mała dziewczynka…. Szkoła podstawowa to początek mojego zainteresowania satyrą (tekstami, rysunkiem), przejawiało się ono w ten sposób, że w gazetach wyszukiwałam interesujące mnie fragmenty, wycinałem je i wklejałem do specjalnego zeszytu. Po podstawówce zostałem uczniem Technikum Elektrycznego w Gorzowie, chyba w trzeciej klasie założyłem kabaret i pisałem do niego teksty. Po jakimś czasie, w 1976 zaproponowano nam występ w Domu Kultury „Kolejarz” w Gorzowie, ale trzeba pamiętać, że był to czas, gdy obowiązywała cenzura - żaden publiczny występ nie mógł się odbyć bez zatwierdzenia tekstu czy scenariusza przez tzw. cenzurę. Panie, z domu kultury wysłały więc nasze teksty do właściwego urzędu, a gdy stamtąd wróciły, okazało się, że były tak pocięte, iż zostało 20 proc. Występ się nie odbył, ale samo czytanie ocenzurowanej wersji programu, było bardzo ciekawe i pouczające. Poza tym, od zawsze słuchałem radiowej „Trójki”, kilkakrotnie byłem na występach kabaretów „TEY” i „Salonu Niezależnych” w Gorzowie. Pisałem nadal, bo zawsze sobie zadawałem pytanie czy potrafię to zrobić dobrze,  tak jak autorzy z trójkowych audycji rozrywkowych.

Jakie studia wybrałeś?

Umysł ścisły, więc z pełnym przekonaniem w 1976 wybrałem Politechnikę Szczecińską, Wydział Budownictwa Lądowego. Skończyłem troszkę po terminie, po 6,5 latach, bo miałem inne, ważniejsze sprawy na głowie. W 1977 w klubie „Kontrasty” założyliśmy kabaret studencki pod nazwą „Bez trzymanki”, tam pisałem większość tekstów. Sukcesy były na miarę publiczności klubowej. Występowaliśmy na scenie: dwóch wykonawców i składający się z jazzmanów, zespół muzyczny. Dziś oceniam, że zbyt mało wtedy umiałem, by zaistnieć gdzieś dalej np. na forum ogólnopolskim. Działałem również w kabarecie „Kryl”, który zaistniał przy Szczecińskiej Agencji Artystycznej.

A jak zostałeś tekściarzem?

W czasie studiów współpracowałem z lokalnymi wykonawcami, np. zespołem „After Blues”, a potem miałem trochę szczęścia - w roku 1980 otrzymałem propozycję napisania tekstów piosenek dla zespołu rockowego, był to wrocławski zespół „Bank” oraz kilka tekstów dla zespołu „Lombard”. Później współpraca się urwała m. in. dlatego, że w zespołach nastąpiły zmiany personalne, a ja skończyłem studia, ożeniłem się i wyjechałem do Przeworska.

To drugi koniec Polski, co o tym zdecydowało?

W Przeworsku moja żona miała po rodzicach połówkę domu i zamieszkaliśmy w nim razem, jak to młode małżeństwo. Pracowałem na etacie jako inżynier budowlany, podkreślam na etacie, w sumie przez 4 lata (nigdy później mi się to nie zdarzyło). W 1989 wróciłem do Szczecina, z mocnym zamiarem niepodejmowania pracy na jakimkolwiek etacie. Po prostu nie interesuje mnie to, bo czuję się ograniczony czyimiś wymogami, a bardzo tego nie lubię. Założyłem, wraz z kolegami po kolei kilka firm i wiodłem życie w miarę niezależne, nadal pisałem.

Jak trafiłeś do „Piwnicy przy Krypcie”, w której przez kilka lat prezentowałeś swoje utwory?

Któregoś dnia wybrałem się na spektakl wigilijny nowo powstałej „Piwnicy przy Krypcie” w Zamku. Na scenie aktorzy, muzycy, malarze, wielki entuzjazm i żywe, autentyczne reakcje publiczności. Po spektaklu sam zaprezentowałem im swoje „numery”. Podobało się. Przyszedłem jako widz, a opuszczałem Piwnicę jako członek zespołu. Kiedy zmieniło się kierownictwo Piwnicy i koncepcja działania, niemal cały zespół, który ją tworzył, przeniósł się do Teatru Polskiego dając początek scenie kabaretowej „Czarny Kot Rudy”, tam kontynuowałem pisanie i swoje występy przez następne kilka lat.

Skąd u kabareciarza i tekściarza zainteresowanie prozą Bruno Schulza?

W 2006 wpadły mi w ręce „Sklepy cynamonowe”, pożyczyłem je by jeszcze raz przeczytać. Lubię wracać do niektórych utworów. Po trzech dniach stwierdziłem, że niestety przeczytałem tylko 11 stron. Zacząłem zastanawiać się dlaczego? Okazało się, że to tak gęsta, wielowarstwowa materia złożona z wyobraźni, klimatów, obrazów, nastroju, gęsta atmosfera, o sferze językowej nie wspomnę. Stwierdziłem, że spróbuję zmienić formę zapisu prozy B. Schulza tak, aby można było przekazać treści zawarte w formie śpiewanej. Zacząłem te piosenki tworzyć tak, by nie ingerować w treść, ale skonstruować je w taki sposób, by niejako zmieniając formę przekazu, dotrzeć z obrazem tamtego świata do nowych odbiorców. "Przepisanie" „Sklepów cynamonowych” tak, by dały się zaśpiewać, zajęło mi cztery miesiące. Mój cel został osiągnięty, powstało kilkanaście piosenek, a raczej scenicznych pieśni. Próbowałem zainteresować materiałem „Pieśni według Schulza” różne osoby w Szczecinie, ale się nie udało.

Gdy byłem w Sopocie rozmawiałem z muzykami i aktorami m.in. z Marcinem Kulwasem, który zajął się komponowaniem muzyki. Okazało się, że wystawienie jest możliwe w Teatrze na Plaży, w 2007 zagrano tam spektakl „Pieśni według Schulza”, z muzyką Marcina, z udziałem dwóch wokalistek i muzyków instrumentalistów, z profesjonalną scenografią. Po kilku latach było kolejne tzw. podejście - Teatr Miniatura w Gdańsku-Wrzeszczu, dzięki inicjatywie gdańskiej aktorki Edyty Janusz-Ehrlich wystawił, w oparciu o istniejący już materiał muzyczny, wraz z muzykami i aktorami (wykonującymi konkretne zadania aktorskie) - widowisko muzyczne pt.”Karakonia. Pieśni według Schulza”.

l nie tylko na Wybrzeżu, ale także podróżował z nim po Bułgarii i Niemczech. Materiał muzyczny w 2013 Edyta Janusz-Ehrlich, wraz z muzykami (także kompozycje Marcina Kulwasa) i aktorami zaprezentowali w Szczecinie pt.” Pieśni według Schulza” (można znaleźć na You Toube). Nomen omen w Piwnicy przy Krypcie.

Skąd nagrania twoich utworów ma radiowa „Trójka?”

Moja współpraca z „Trójką” datuje się od 2001roku. Byłem na kilku konkursach i przeglądach, tam poznałem pana Andrzeja Zakrzewskiego, który zaproponował, bym im coś przysłał. Dzięki kolegom muzykom w Szczecinie, w prywatnym studio radiowym nagraliśmy kilkanaście moich utworów i wysłałem je do „Trójki”. Są w radiowym archiwum pod współnym tytułem „Rymowanie w kaftanie” i od czasu do czasu są emitowane w popołudniowej „Powtórce z rozrywki”.

Czy masz jakieś maksymy lub mądrości do przekazania Twoim czytelnikom/widzom/słuchaczom?

Wszystkim oczywiście życzę dużo zdrowia i pogody ducha. A tak na poważnie...

Każdy, kto zaczyna coś tworzyć na poważnie, powinien nauczyć się „skreślać sobie samemu”, czyli nauczyć się swoistej autocenzury jakościowej, nie wpadać w zachwyt nad samym sobą i swoimi dziełami. Dotyczy to, moim zdaniem, każdej rodzaju twórczości. Wprawdzie nasz dorobek twórczy będzie być może mniejszy, ale może będzie miał większe znaczenie dla naszych odbiorców.

Czego sobie i Państwu życzę.

Dziękuję za rozmowę.

Wierszyki autorstwa Leszka Pietrowiaka:

Wierszyk o prostym człowieku

Wierszyk o ptaszkach

Wierszyk o sztuce

Wierszyk o kotku fajtłapie

Wierszyk pod tytułem

Tekst i foto: Helena Kwiatkowska