od lewej: Helena Kwiatkowska, Anna Kolmer, profesor Wiesława Markiewicz

Ciągle szuka dialogu z otaczającym światem. Zatrzymuje go w swoich obrazach. Delikatna, wrażliwa, nienasycona naturą i pięknem.

Benefis Wiesławy Markiewicz przyciągnął do Książnicy Pomorskiej tak wiele osób, że w sali Herberta nie było gdzie dostawiać krzeseł. Bliscy, liczni przyjaciele artyści i znajomi, przybysze z plenerów w Golczewie, Marianowie, studenci wśród zaimprowizowanej wystawy obrazów. Jest na niej także sztandar z cyklu „Na pochwałę”. Tworzyła go, jak i pozostałe w chwilach wyjątkowych  - Ten właśnie, z czerwoną smugą ziemi powstał „Na pochwałę Hiszpanii”. Biegałam tam w zachwycie (po fragmentach tego kraju) i wołałam: Jaka piękna jesteś, Hiszpanio! Po tej podróży stworzyłam wystawę z czterdziestu pohiszpańskich obrazów. W codziennej pracy miałam święto. Przez trzy tygodnie w Umbrii zobaczyłam tyle piękna, że nie mogłam się uporać z myślą: przecież życia nie starczy, aby je namalować. Takie cuda, fantastyczne światło. Impulsy dające nowa energię. Winnice, kilkusetletnie drzewa oliwkowe. Bardzo stare, rosnące przeciw czasowi, przemijaniu. Mocne. Ale zdarzyło się nieszczęście. Nagle wtargnął brutalnie żywioł. Widziałam, jak ogień wszystko strawił. Szok. Dopiero po trzech latach zdołałam namalować obraz tego kataklizmu. W czarnej tonacji. Popiół, spalona ziemia, powyginane resztki pędów winorośli, wypalone pnie drzew... Wstrząs przeżyłam także gdy usłyszałam, że w Toruniu zagazowano 37 łabędzi w okresie histerii wywołanej „ptasią grypą”. Wtedy powstał sztandar „Ku czci ptakom”. Wyobrażałam sobie to wydarzenie. Stało się to w mieście moich studiów na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

DSC0347

Uczestnicy benefisu obejrzeli film „Wiesia inaczej” Michała i Pawła Kulików, od lat zaprzyjaźnionych z artystką, nagrany w jej niewielkiej pracowni na 11 piętrze wieżowca. Autorzy w poetyckiej opowieści ukazali jej tęsknoty i marzenia, troski.

Pracownia – magiczne miejsce, do którego ciągle spieszy. Jak na 25 metrach kwadratowych oprócz sztalug, stolika z farbami i pędzlami zmieściła kilkaset obrazów?! Pamięta kiedy, w jakich okolicznościach, z jakiej inspiracji powstawały. Sam obraz staje się abstraktem, ale punktem wyjściem jest natura, konkretna przestrzeń, kolor, nastrój, światło, dźwięki, zapachy, emocje. Abstrakcyjny „Tryptyk o zieleni” nie powstałby, gdyby nie szybkie notatki z natury na kartonie. Obrazy maluje bardzo szybko, ale i bardzo długo. Dojrzewają w niej, wstrzymują lub pospieszają rękę. Ciągle szuka dialogu z otaczającym światem. Pragnie, choć na moment zatrzymać go w swoich obrazach. - To moja życiowa filozofia. Działanie przeciw przemijaniu. Jestem w tym wielkim ruchu tylko maleńkim śladem. Co największego zdarzyło się w moim życiu? Malarstwo, malarstwo, malarstwo. Grzegorz Fedorowski w katalogu dawnej wystawy napisał, że moje obrazy są zrobione z emocji. „Wygląda na to, że czasem chciałyby krzyczeć... Ale nie krzyczą. Nawet wtedy, kiedy jest w nich bardzo źle – a bywa bardzo źle i wtedy trzeba zasłonić ręką twarz. Ani, gdy jest w nich bardzo dobrze”. To prawda.

DSC0348

Szczecinianka od 1980 roku, emocjonalnie związana z miastem. Bardzo dobrze wspomina Liceum Sztuk Plastycznych. Smutno zadumana, że poza spektakularnymi błyskami medialnymi władzy nie interesuje artystyczna spuścizna. A to przecież część historii Szczecina. Nie bez oporów tą refleksją podzieliła się, gdy pojawiło się pytanie: Czy w Szczecinie systematycznie gromadzi się dzieła szczecińskich plastyków? - Wielu z nich już nie żyje. Zapomina się co kryje się za „Desantem Sopockim”, „Grupą Brama”. Ziemowit Szuman, Guido Reck, Oleg Bałakirew, ... W Muzeum Narodowym jest skromna część obrazów, rzeźb, grafik, plakatów. Nie każdej wystawie towarzyszy katalog.

Nie podejrzewała, że aż tak mocno wciągnie ją praca ze studentami. Była zaszczycona propozycją prof. Marii Radomskiej-Tomczuk, która tworząc Wyższą Szkołę Sztuki Użytkowej zaproponowała jej prowadzenie pracowni malarstwa i rysunku. Obawiała się, że to ją odciągnie od pracowni w wieżowcu. Potrafi godzić obowiązki i potrzeby. Teraz jest profesorem Akademii Sztuki. Nie narzuca swojej wizji sztuki i roli artysty. Nawet przestrzega: Jeśli profesor maluje wałkiem swoje obrazy, to byłoby podwójną porażką, gdyby w jego pracowni „wałkowali” także studenci. Uczy podstaw, zachęca do próbowania różnych form wyrazu i rozwoju indywidualnych talentów. - Sztuka to delikatna materia. Nie chcę zbytnio ingerować, ale też nie akceptuję wszystkiego. Trzeba zachować dystans i być otwartym, wyrabiać smak, gust. Umieć bronić się przed przenikaniem złych relacji, gdy oszustwo przegrywa z cnotą, a prawda z kłamstwem. Zachęcam, aby mieć otwarte oczy.

DSC0349

Kolejny benefis zorganizowany przez Książnicę Pomorską i Stowarzyszenie Dziennikarzy RP „Pomorze Zachodnie” dowodzi, że ta forma wzbogacania życia kulturalnego miasta niesie w sobie jeszcze coś ważnego. Sprzyja odbudowywaniu artystycznych przyjaźni, odnawianiu towarzyskich relacji, oderwaniu się od codziennego zabiegania. Niezwykłej formie obcowania z artystą, jego pracami i myślami, muzycznie towarzyszyły z perfekcją i wdziękiem skrzypaczki, studentki II i IV roku AS – siostry Kajetana i Róża Pustelnik. To było potrzebne i ważne spotkanie.

Tekst: JB "Panorama 7"
Zdjęcia: Andrzej Wiśniewski