Włodzimierz Piątek, obok: Anna Kolmer i Helena Kwiatkowska

Nestor polskiej fotografii prasowej. Energiczny i szybki, sympatyczny, autoironiczny, dowcipny „gaduła” zjednujący sobie ludzi. Dbający o dobre obyczaje i etykę zawodową. Włodzimierz Piątek.

Włodek – dla licznych uczestników „Spotkania przy kominku” w sali kinowej Szczecińskiego Inkubatora Kultury, prowadzonego przez Annę Kolmer i Helenę Kwiatkowską w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP „Pomorze Zachodnie”. Bohater wieczoru jest autorem niezliczonych zdjęć utrwalających ważne zdarzenia w mieście i regionie, ocalających od zapomnienia sylwetki i twarze, sytuacje, piękno przyrody. Tajniki trudnej sztuki przekazywał młodszym kolegom.

Fotografuje ponad 60 lat. Cząstkę jego pracy można było zobaczyć na miniwystawie oraz na filmach Grzegorza Fedorowskiego i Małgorzaty Frymus. Zaczynał od fotografowania jarmarków w wielkopolskim miasteczku. Fascynowało go zwłaszcza dobijanie targu między kupującym i sprzedającym konie. Przez dziurę w płocie często razem z kolegą obserwowali sąsiada. - Był fotografem, uprawiał jakieś czary-mary. Baliśmy się. Garbił się, zakładał na głowę czarną szmatę, coś tam grzebał i wyciągał. Na strychu w domu znalazłem dziwne urządzenie i bawiłem się nim jak nikogo nie było w domu. Okazało się, że to stary aparat na filmy 6x9 cm. Przyłapał mnie z nim stryjek nauczyciel i zaczął uczyć posługiwania się tajemniczym urządzeniem. Pierwsze zdjęcie zrobiłem kozie na naszym podwórku. W korytarzu ciemnia z koców, głębokie talerze zastępowały kuwety z chemikaliami.

Chciał zostać malarzem. Ojciec był malarzem pokojowym, bez wykształcenia, ale z licznymi umiejętnościami. Bardzo lubił przyrodę. Po maturze W. Piątek papiery złożył w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi i na uniwersytecką biologię. - Znakomita nauczycielka tego przedmiotu, gdy się dowiedziała o tym przestrzegała: ty Włodek nie ciągnij dwóch srok za ogon, bo wiesz jak to się skończy. Miała rację. Na oba kierunki zdałem bardzo dobrze, ale nie przyjęto mnie z braku miejsc. Do filmówki było bardzo blisko. Z 400 kandydatów znalazłem się w grupie 50 wybranych do dalszej selekcji. Byłem ostatecznie ósmy, przyjęto tylko pięciu. Ot, tak. Całe życie robię zdjęcia, z biologią nie zerwałem. Czuję się malarzem światła, fotografuję przyrodę, lubię robić portrety:„Włodku, czym dla ciebie jest fotografia?” - Kurcze blade! Dla mnie fotografia jest chyba wszystkim. Daje niesamowitą przyjemność, satysfakcję, radość z uchwycenia momentu, na który długo się polowało. Czasy i technika bardzo się zmieniły. Skończyły się ciemnie i odbitki suszone pospiesznie, bo sekretarz redakcji już musiał mieć zdjęcie do gazety. Czy dam sobie radę z technologią cyfrową? Skok niesamowity. Musiałem przez to przejść. „Gazeta Wyborcza” wysłała mnie na trzy dni do Warszawy, abym się wyszkolił. I szybko się nauczyłem. Mam kilka cyfrówek. Trudno jednak za techniką nadążać finansowo...

Jak zrobić dobre zdjęcie?” - Trzeba patrzeć i widzieć, czuć światło. „Gdybyś robił ostatnie zdjęcie, co by na nim było?” - To powinno być zdjęcie człowieka. Łapię się teraz na tym, że krepuję się robić uliczne zdjęcia. Marzę o kilku dobrych portretach. O twarzach chociaż z kilkoma ciekawymi linijkami.

Bardzo lubił pracować w szczecińskich teatrach i operze, a wcześniej operetce. - Otarłem się blisko o teatr, bo mój ojciec, gdy zamieszkaliśmy w Koszalinie, został szefem pracowni scenograficznej. Nauczyłem się przez lata dostrzegać teatr i balet w przyrodzie. Ptaki, sarny, nawet owady... Jakież bogate dają przedstawienia.

Robił dużo zdjęć rodzinnych, zwłaszcza córce Nataszy. Dopóki dała się fotografować. - Żałuję, że od pewnego okresu Włodek już mi zdjęć nie robił - po moim buncie. Nie  byłam świadoma, jakie one są. Chciałabym, żeby zrobił mi portret. Może znajdzie te kilka linijek, o których mówił, na mojej twarzy?Jaki był Włodek w domu?” - pytanie skierowane do pani Niny. Żona śmiejąc się odpowiedziała: - Trudny człowiek, wieczny chłopiec, zawsze zajęty swoimi zabawkami. Trzeba było iść na ustępstwa.

Zapytany o etykę dziennikarza mówi o subtelnej granicy, trudnej do jednoznacznego określenia. - Nie ma recepty, wzorca ukazującego co dobre, a co złe. Wzruszenie, uśmiech, wściekłość, tragedia... Fotografia to ilustracja, kawałek życia ... Każdy człowiek jest inny, inaczej patrzy na świat. Prawdziwy fotoreporter zna granicę, której nie powinien przekroczyć. I chronić w sobie tę wrażliwość, zwłaszcza wobec zmieniających się obyczajów i niedostatku i kultury.

Jedna z uczestniczek spotkania zwierzyła się: - Poprosiłam Włodka żeby zrobił mi zdjęcie. On wydobył na nim mą dobroć i łagodność. Mąż najpierw zakochał się w tym zdjęciu, dopiero potem we mnie.

Tekst: JB "Panorama 7"
Zdjęcia: Andrzej Wiśniewski