Tomasz Kowalczyk, foto: Dariusz Gorajski

Tomasz Kowalczyk, prezes zarządu i redaktor naczelny „Kuriera Szczecińskiego”, zginął w wypadku samochodowym w minioną środę. Wypadł z drogi na zakręcie. Śmierć stwierdzono o 15.40. Miał 53 lata. 14 lutego przypadają jego kolejne urodziny, to ledwie za tydzień. Zginął na spokojnej drodze w okolicach Buku. Na zdjęciach zrobionych po wypadku widać, że świeci słońce, ale szosa jest jeszcze mokra po deszczu…

To był dobry człowiek.

Tomku. Przewińmy taśmę z filmem o Twoim życiu wstecz. O kilka dni. Może o tydzień, dwa. I ustalmy, że takie zakończenie, jakie poznaliśmy 5 lutego, jest bezsensowne, paraliżująco okrutne, niepotrzebne ani Tobie, ani nam. Przewińmy taśmę. Niech to będzie na przykład jakiś piątek w styczniu. Za minutę dziesiąta. Wpadasz do swojego gabinetu w rozwianym płaszczu, z teczką w ręku i mówisz: „Cześć, dzień dobry, strasznie trudno znaleźć miejsce do zaparkowania…”. Odkładasz teczkę, wieszasz płaszcz w tej swojej śmiesznej szafie za dawno nieczynnymi drzwiami, siadasz przy kolegialnym stole, spoglądasz po naszych twarzach, uśmiechasz się i mówisz: „No to zaczynamy, kto ma dzisiaj dyżur?”. A potem… A potem, Tomku, „zostańmy po kolegium” – tak mówiliśmy, pamiętasz? „zostać po kolegium…”, na pogaduszki – i porozmawiajmy, i ustalmy, że nie zrobisz nam żadnej głupiej niespodzianki i obiecasz żyć długo i szczęśliwie. I dotrzymasz obietnicy… I nie będzie żadnego wypadku w dniu piątego lutego 2020 roku.

Odszedł dobry człowiek. Wszyscy teraz tak właśnie mówią i piszą: „To był dobry człowiek”. I nie ma w tym ani grama fałszu. Czy można sobie po śmierci życzyć czegoś więcej? Lepszego świadectwa? Czy można po sobie pozostawić więcej niż pamięć o dobrym człowieku?

Prezes, redaktor naczelny… Ale przecież dla nas to był Tomek, Tomcio. Wewnętrzny numer telefonu 106. Zawsze można było zadzwonić. Ogromny, odziedziczony po poprzednich naczelnych gabinet, który urządził po swojemu, gabinet, do którego mogliśmy wpadać jak do siebie i pozawracać szefowi głowę naszymi problemikami. Mówił wtedy: „Wchodź, wchodź, no co tam?”.

Tomek rozpoczął pracę w „Kurierze Szczecińskim” w 1991 roku, całą epokę temu. Z wykształcenia politolog po Uniwersytecie Szczecińskim, przez dwa lata pracował w „Pobożniaku”. Z miejsca stał się ulubionym nauczycielem dzieciaków. Ale to właśnie gazetę wybrał i był jej wierny do końca.

Właśnie tak – wierny do końca. Od dziesięciu lat na fotelu prezesa – te dziesięć lat to najgorszy, najtrudniejszy czas w historii gazety. Kryzys, który dotknął prasę na całym świecie, nie ominął „Kuriera Szczecińskiego”. Jako mała spółka pracownicza, bez zaplecza w postaci koncernu prasowego, mieliśmy i mamy sto razy trudniej niż inni. Trzeba było naprawdę tytanicznej pracy i odporności, żeby przetrwać i wciąż się na nowo podnosić. Wielu dawno by to rzuciło. Tomek miał siłę i odporność, walczył i – o ile to było możliwe w takich okolicznościach – wygrywał. A jednocześnie był niezwykle łagodnym i wrażliwym człowiekiem. Nie narzucał się nikomu, zawsze bardziej słuchał ludzi niż zamęczał ich swoimi problemami.

Bez końca uspokajał po ojcowsku: „Wszystko będzie dobrze”. I faktycznie, koniec końców, zawsze było.

Aż do środy.

W redakcji pustka po nim jest otchłanna.

* * *

Ostatni raz widziałam go we wtorek. Wychodził z redakcji, zbiegał po schodach, zapytałam go o coś, odwrócił się i krzyknął: „Wszystko powinno być dobrze”.

* * *

Tomku. Przewińmy taśmę z filmem o Twoim życiu wstecz. O kilka dni. Nie wsiadaj do samochodu, dobrze? Nie wsiadaj. Po co Ci jakieś boczne drogi. Przez ostatnie lata bezpiecznie przeprowadziłeś nas przez tyle ostrych zakrętów.

A sam tego najgorszego nie zdołałeś pokonać…

* * *

Odpoczywaj teraz, odpoczywaj. Postaramy się zaopiekować Twoim gospodarstwem. Chociaż bez Ciebie to będzie okrutnie trudne. Odpoczywaj, Przyjacielu.

W imieniu zespołu „Kuriera Szczecińskiego”
Berenika LEMAŃCZYK