lek. med. Ewa Wilczyńska, fot. Andrzej Wiśniewski

- Miałam szczęście, że los zetknął mnie z tak niezwykłą osobą i jestem szczęśliwa, bo mam swojego anioła stróża – wyznaje pani Danusia, mieszkanka Szczecina.

W połowie czerwca bieżącego roku pani Danusia zgłosiła się do szpitala. Lekarz rozpoznał napadowe migotanie przedsionków z szybką czynnością komór. Dostała leki. Następnego dnia wcześnie rano była już w domu. W mieszkaniu był także jej wnuk. Tego dnia nie chciał iść do szkoły.

- Nie wiem, dlaczego nie chciał iść do szkoły. Na pewno niczego nie bał się, bo wszystkie oceny były już wystawione – opowiada pani Danusia – Córka zgodziła się, by został ze mną. Nie wiem, kiedy straciłam przytomność.

Wnuk szedł do łazienki i zobaczył babcię leżącą na tapczanie. Zauważył, że nie oddycha. Zadzwonił na pogotowie. Dyspozytorka usłyszała dziecięcy głos, który stwierdził, że babcia śpi z otwartymi oczami i nie oddycha. Bez wahania uznała, że sytuacja jest bardzo groźna. Nie pozwoliła chłopcu rozłączyć się. Cały czas z nim rozmawiała. Cały czas pocieszała go, że karetka już jedzie, i że za moment będzie. Była z nim w kontakcie do przyjazdu lekarki.

- Dyspozytorka zawiadomiła nas, że dziecko wzywa pomocy do babci, która chyba umiera – wspomina Ewa Wilczyńska, lekarka szczecińskiego pogotowia ratunkowego - Zastaliśmy w domu kobietę z tętnem 12 skurczów na minutę, już nie oddychającą. Natychmiast zastosowałam sztuczne oddychanie workiem Ambu z tlenem. W tym czasie ratownikowi udało się założyć wkłucie i podaliśmy Atropinę. Niestety, po pierwszej dawce leku serce nie przyspieszyło. Podaliśmy drugą. Nadal serce nie zareagowało. Wówczas zdecydowałam o wdrożeniu stymulacji zewnętrznej.

Karetki są wyposażone w wielofunkcyjne urządzenie, które wytwarza prąd niezbędny do przywrócenia właściwej akcji serca, między innymi do spowodowania odpowiedniej ilości skurczów serca. Taka czynność nazywa się stymulacją zewnętrzną.

Ekipa ratunkowa, od lewej: Andrzej Byrski, lek. med. Ewa Wilczyńska, Bernard Szajba, fot. Andrzej Wiśniewski

- Stymulacja zewnętrzna serca polega na pobudzaniu akcji serca przewodząc przezeń prąd. Wykonuje się ją w ten sposób, że przykleja się dwie elektrody w odpowiednie miejsca na klatce piersiowej. Jedną z przodu w okolicy przedsercowej. Drugą równolegle z tylu, na plecach – wyjaśnia lekarka - Chodzi o to, by  prąd przeszedł przez układ bodźco-przewodzący, by serce mogło tłoczyć krew na obwód. To jest wspaniała metoda, ale niewielu lekarzy ją stosuje. Gdy serce pracuje tak wolno, jak w przypadku pani Danusi, to transport do szpitala stanowi wielkie ryzyko dla życia, ale nie jest przeciwwskazaniem do wiezienia.

Lekarka przywróciła prawidłową pracę serca. Zaczął powracać samoistny oddech.

- Dopiero wtedy mogliśmy przygotować ją na przewóz do szpitala. W trakcie czynności rozmawiałam z ratownikiem o jej wnuku. W pewnym momencie pani Danusia, z maską tlenową na twarzy, powolutku, cichym głosem włączyła się do naszej rozmowy. To był dowód na to, że powróciła jej świadomość, i że pozostaje z nami w logicznym kontakcie. Ta sytuacja, ten moment dał mi wielką radość, gdyż był znakiem, że niedotlenienie nie trwało zbyt długo i nie doszło do nieodwracalnych zmian w mózgu, a to znakomite rokowanie dla pacjentki – mówi lekarka.

Zespól ratunkowy pogotowia był gotowy do transportu. Jednak trzyosobowa załoga nie miała możliwości znieść panią Danusię po krętych schodach do karetki.

- Przede wszystkim dlatego, że była podłączona do aparatury, która dawała stymulację. Zatem, jedna osoba musi tę aparaturę nieść. Dwie osoby do noszy. Do tego jest potrzebna osoba do niesienia dużej butli z tlenem. A ja miałam swoje wyposażenie. W takich przypadkach prosimy o przysłanie pomocy. Najczęściej dyspozytor wysyła karetkę podstawową z dwoma ratownikami, którzy pomagają nam przenieść pacjenta do naszej karetki. Ale wtedy było dużo wezwań pogotowia i nie było takiej karetki, a ja musiałam szybko umieścić ją na oddziale kardiologicznym – opowiada Ewa Wilczyńska.

Dyspozytor pogotowia wysłał do pani Danusi straż pożarną. Z pomocą strażaków znalazła się bezpiecznie w karetce.

- Tak czasami bywa, że w sytuacjach nagłych i wyjątkowych strażacy pomagają nam znieść pacjenta – dodaje.

Pani Danusi wszczepiono stymulator serca. Wróciła do domu. - Dostałam drugie życie. Odzyskałam siłę. Wszystko wróciło do normy – mówi wzruszona.

Prawie półtora miesiąca po operacji pani Danusia przeżyła szok. - Siedziałam na fotelu, gdy zabrzmiał domofon. Zapytałam „kto to”, a w odpowiedzi usłyszałam „pogotowie ratunkowe”. Powiedziałam, że ja nie wzywałam karetki i zapytałam, czy przyjechali do mojego sąsiada, który choruje. „Nie, do pani”. Otworzyłam drzwi. Po chwili stanęła przede mną pani Ewa Wilczyńska, moja cudowna pani doktor – pani Danusia rozczuliła się.

- To było tak. Po miesiącu od tamtego zdarzenia do sąsiada pani Danusi przyjechał ratownik, który uczestniczył w jej reanimacji. Pani Danusia go rozpoznała, wyściskała i dziękowała. Gdy wrócił do bazy, to opowiedział mi o tym. Z radością stwierdził, że świetnie wygląda. Postanowiłam też ją zobaczyć. Któregoś dnia byłam w okolicy jej domu, więc ją odwiedziłam. Zobaczyłam radosną, pełną siły, promieniującą kobietę. Mocno uściskałyśmy się. Powiedziała: „Czuję się tak, jakbym miała podarowane drugie życie”. To, że pani Danusia żyje jest zasługą jej wnuka. On był przy babci, gdy straciła przytomność. Wiedział, że z babcią dzieje się coś niedobrego. Natychmiast wezwał pomoc. Był obecny podczas akcji ratunkowej. Nie spuszczał swojej kochanej babci z oczu. Upewniał się, czy zabierzemy ją do szpitala – mówi lekarka.

- Dostałam drugie życie dzięki mojemu wnukowi. On jest moim aniołem stróżem. Chyba czuwa nade mną opatrzność. A pani doktor dała mi to drugie życie. Ta niezwykła kobieta zechciała jeszcze mnie odwiedzić. Zobaczyć i zapytać, jak się czuję. Nie mam słów, by wyrazić swoją wdzięczność, by podziękować. Dlatego postanowiłam opowiedzieć o tym - mówi pani Danusia załamującym się głosem – Trzeba mówić o tak wspaniałych lekarzach, jak pani doktor Ewa. O wspaniałych panach ratownikach. Jestem im bardzo wdzięczna.

Pani Danusia z wnukiem, fot. Danuta Sepuco

Zespół ratunkowy karetki specjalistycznej składa się z lekarza, z odpowiednią specjalizacją, i dwóch ratowników. W akcji ratowania pani Danusi także wzięli udział Bernard Szajba, ratownik-kierowca, oraz Andrzej Byrski, ratownik z przedziału medycznego.

Zespół ratunkowy karetki: Od lewej: Andrzej Byrski, lek. med. Ewa Wilczyńska, Bernard Szajba, fot. Andrzej Wiśniewski

- Bernard bierze udział we wszystkich czynnościach ratowniczych, jako niezbędna pomoc. Andrzej to moja prawa ręka. Obydwaj są wieloletnimi pracownikami pogotowia i bardzo dobrymi merytorycznie ratownikami. Bez nich nie dałabym rady wyciągać pacjentów niejednokrotnie z zaświatów. To świetnie przygotowani do zawodu ratownicy – podkreśla lekarka i dodaje - Gest pani Danusi jest dla mnie najwyższym wyróżnieniem. Praca lekarza pogotowia ratunkowego polega na takiej „wstępnej obróbce” pacjenta, gdzie nic nie wiadomo. W szpitalu można wezwać specjalistów, którzy analizują stan pacjenta. Można go obserwować, wykonać więcej badań. Natomiast lekarz pogotowia musi działać natychmiast. Musi zaufać swojej wiedzy, swojemu doświadczeniu. Na pewno, to jest bardziej ryzykowna praca ze spotęgowanym poczuciem odpowiedzialności. Kocham pogotowie.

Ewa Wilczyńska jest anestezjologiem. Po studiach pracowała na sali operacyjnej i jednocześnie miała dyżury w pogotowiu.

- W tamtych czasach mówiło się potocznie, że anestezjolog jest tylko od narkozy. To zmieniło się w 1999 roku, gdy były strajki w służbie zdrowia. Strajkowali także lekarze anestezjolodzy. W szpitalach wycofano wszystkie zabiegi planowane. Operacje były wykonywane tylko w sytuacjach zagrażających życiu pacjenta. W mediach mówiło się dużo o strajkujących anestezjologach. Ludzie zrozumieli, że nasza rola w ratowaniu życia jest ogromna. Od tamtego czasu zmieniło się spojrzenie na takich specjalistów. Dawniej wstydziłam się powiedzieć, że jestem anestezjologiem, a teraz, gdy mówię o mojej specjalizacji, to wywołuję podziw – wyjaśnia z satysfakcją.

Ewa Wilczyńska ma jeszcze jedną specjalizację - transfuzjologii klinicznej. To bardzo wąska specjalizacja. W Polsce jest może stu takich specjalistów. Przez pewien czas pracowała w centrum krwiodawstwa. Jednak, nie odnalazłam się w tej roli.

Tekst: Danuta Sepuco
Zdjęcia: Andrzej Wiśniewski, Danuta Sepuco