z red. Moniką Mazanek-Wilczyńską realizatorką filmu „Monte Casino - pamięć o bitwie” rozmawia Elżbieta Karasiewicz

- Film będzie pokazany w TV Polonia i w TVP Historia z okazji 80. rocznicy bitwy pod Monte Casino. Po lekturze tzw. Listy montażowej filmu, powiedziałam Ci, że to będzie ciekawy dokument. Co Twoim zdaniem jest w nim niezwykłe?

monika mazanek wilczynska sdrp 01- Dyrektor TVP Polonia bardzo chciałby wyemitować ten film 18. maja, ale trzeba dopełnić niezbędnych formalności, tzn. zawrzeć porozumienie między właścicielem filmu IPN w Szczecinie i TVP SA w likwidacji. Film  będzie miał wersję angielską i francuską, bo pokazany zostanie też w Londynie i Paryżu.

Moim zdaniem, największą zaletą tego filmu są archiwalne zdjęcia  pozyskane z Londynu, Waszyngtonu, Berlina, Brukseli, Warszawy, Lublina. Większość filmu wypełniają zdjęcia, które mają niezwykły walor dokumentalny, zostały cyfrowo zrekonstruowane, a poza tym część z nich nigdy wcześniej nie była w Polsce pokazywana.  

- Obejrzałam już Twój film i wiesz, że wiele jego fragmentów mnie wzruszyło, m.in. historia powstania pieśni „Czerwone maki…”. Sądzę, że podczas jego realizacji, Ty pewnie też miałaś wiele wzruszeń.

- Po raz pierwszy wzruszyłam się przeglądając archiwalne kasety i słuchając wspomnień jednego z brytyjskich weteranów, który opowiadał, jak podczas przeprawy przez rzekę Rapido niedaleko Monte Cassino, zostali wyposażeni w dziurawe łodzie, które tonęły razem ze sprzętem.  Od razu przypomniały mi się wypowiedzi weteranów  biorących udział w operacji Market Garden we wrześniu 1944 r. Oni też wspominali, że Brytyjczycy wyposażyli ich w dziurawe łodzie, którymi po desancie mieli przeprawiać się na drugi brzeg Renu w Holandii a na wzgórzu Oesterbeck - tak jak na Monte Cassino - usadowili się Niemcy, którzy strzelali do Polaków jak do kaczek. Najsmutniejsze było to, że brytyjski gen. Montgomery, rywalizujący z amerykańskim gen. Pattonem winą za niepowodzenie tej operacji, obarczył gen. Sosabowskiego, który przed desantem miał wiele zastrzeżeń do planu tej akcji i przedstawiał zupełnie inny plan forsowania rzeki. Jednak finał był taki, że gen. Sosabowski - w odróżnieniu od gen. Andersa - stał się ofiarą cynicznej gry Brytyjczyków i przed swoimi żołnierzami musiał odczytać upokarzający rozkaz o swojej dymisji, a polskich żołnierzy w Holandii nazwano tchórzami, którym nie chciało się walczyć. I choć po wielu latach brytyjscy weterani za własne pieniądze ufundowali w Holandii gen. Sosabowskiemu pomnik, a holenderska królowa po 60. latach uhonorowała go najwyższym holenderskim odznaczeniem, to sam generał tej chwili rehabilitacji nie dożył. Do śmierci pracował jako robotnik w fabryce, mając na utrzymaniu ociemniałego w powstaniu warszawskim syna.

Inne odczucia towarzyszyły mi, gdy patrzyłam na archiwalne nagrania kamerą telewizyjną ostatnich wywiadów udzielonych przed śmiercią przez Irenę Anders i Ryszarda Kaczorowskiego. Pamiętam Irenę Anders śpiewającą „Czerwone maki na Monte Cassino” w POSK-u w Londynie i pierwszy mój wywiad z Ryszardem Kaczorowskim w 2002 r.  Miałam wrażenie jak gdyby te postacie znów ożyły dzięki filmowemu zapisowi kamerą mojego kolegi Marka Borzęckiego z Londynu. 

Poruszyła mnie też wyjątkowa szczerość wypowiedzi niemieckiego spadochroniarza Roberta Frettloehra, który pytany o to, jak się czuł 18. maja 1944 roku, gdy został pojmany jako jeniec wojenny na Monte Cassino mówił, że był brudny i spragniony oraz pijany, bo pił, by nie czuć bólu. Wyjaśniał, że na wojnie nie ma bohaterów. Są albo pijani albo szaleni.

I to jest szczere. Wielokrotnie słyszałam od żołnierzy, że tylko głupi się nie boi. Zrozumiałam to, kiedy byłam w Afganistanie w 2008 r. Pamiętam, że  czułam się bezpiecznie w bazach wojskowych, ale gdy nocowałam z operatorem kamery w cywilnych hotelach np. w Kabulu to prosiłam operatora kamery Jana Kuczerę: „Jasiu weź kamerę i zrób trochę ujęć  miasta i ludzi na ulicy.” I Janek szedł sam z kamerą popracować, co nie było raczej zbyt bezpieczne, ale mój kolega wiedział, że ja się bałam wyjść bez żadnej obstawy na ulicę, gdzie czyhały różne pułapki. Podejrzewam, że to właśnie było powodem śmierci korespondenta wojennego TVP Waldemara Milewicza 20 lat temu. Waldek, którego znałam osobiście uważał, że jeśli decydujesz się na nocleg w bazie wojskowej, to jesteś skazany na to, że będziesz robił i pokazywał to, co chce ci pokazać wojsko. Jeśli organizujesz sobie sam noclegi i zdjęcia w kraju, gdzie toczy się wojna - choć nazywa się to misją stabilizacyjną - to masz szansę na większą niezależność dziennikarską, ale wybierasz większe ryzyko. Waldek zaufał irackiemu kierowcy, który miał ekipę gdzieś zawieźć… Słyszałam wiele opowieści np. o Afgańczykach, którzy współpracowali z wojskiem koalicji długie miesiące, zyskując zaufanie, a pewnego dnia np. uderzali autem wypełnionym ładunkami wybuchowymi w bramę bazy wojskowej.

- Zrobiłaś kilka filmów, w tym kilka nagrodzonych na różnych przeglądach i festiwalach. Czy gdzieś można je obejrzeć?

- Tak. Zrobiłam kilka filmów o historii. Także o historii  regionu, jak:

„Pacyfikacja Stoczni Szczecińskiej w 1981 r.” wspólnie z Agnieszką Kuchcińską-Kurcz czy bardzo dawno temu również z Agnieszką zrobiłyśmy dokument o strajkach w sierpniu 1988 r. w Szczecinie. Te filmy można od czasu do czasu obejrzeć  m. in. w Centrum Dialogu „Przełomy”.  10 lat temu nagrałam dla TVP wstrząsający fabularyzowany dokument o inwazji na Czechosłowację w 1968 r., ale tego filmu raczej nikt nie chce pokazywać, bo to niechlubna karta Ludowego Wojska Polskiego.

Zrobiłam też kilka filmów o nieznanej historii polskich żołnierzy w Armii Amerykańskiej po II wojnie światowej i są one od czasu do czasu pokazywane przez TVP SA w Warszawie.

- Wiem dlaczego w głównym nurcie Twoich zainteresowań są sprawy Polaków na obczyźnie podczas wojny i po wojnie, bo redaguję Twoją nową książkę o Polakach w oddziałach wartowniczych i technicznych m.in. w US Army na terenie Niemiec w latach 1945-1989. Opowiedz o tym.

- Tak. Ty pomagasz mi w redakcji tekstu pierwszej w Polsce monografii 44. lat służby Polaków w armii amerykańskiej w Niemczech, Belgii, Francji i USA, bo jest to temat w Polsce nieznany i niezbadany przez historyków. Trzeba czytelnikowi opowiedzieć prostym językiem niełatwą historię, do której jest mało materiałów źródłowych. To moja misja, którą powierzyli mi weterani tych jednostek, których spotkałam w moim życiu.  

zdjecie ze zbiorow krzysztofa mecinskiego sdrp 03

Tak samo jak losy tzw. dipisów, których poznałam będąc korespondentką TVP Polonia w Niemczech i przybliżyłam ich historię we wstępie do książki Stanisława Budyna. Książkę o tej „białej plamie” w polskiej historii również Ty zredagowałaś.

Po prostu uważam, że spotkałam w swoim życiu tyle osób, tak bardzo dotkniętych przez skutki II wojny światowej i wojnę mieszkających po II wojnie w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji czy Polsce, którzy zechcieli mi opowiedzieć do kamery swoje losy. Taśmy tv czy dyski z tymi nagraniami wciąż leżą w archiwach telewizji czy szafach operatorów kamery, z którymi współpracowałam i obawiam się, że życia mi nie starczy, by w końcu wykorzystać te wszystkie archiwalne nagrania do zbudowania  odrębnych, filmowych opowieści.

Jednym z powodów dla których zajmuję się opowiadaniem o historii Polaków na emigracji po II wojnie światowej jest fakt, iż ta historia była w czasach mojego dzieciństwa czy młodości bardzo zakłamywana.

W przypadku dowódcy 2 Korpusu, najpierw w podręcznikach do historii w Polsce pisano, że wojskami pod Monte Cassino, Falaise czy Arnhem dowodził gen. Walter Karol Świerczewski.

Później w latach 70. ub. stulecia, wg encyklopedii PWN, nie wymieniano nigdzie nazwiska dowódcy tej bitwy, natomiast gen. Andersa nazywano oficjalnie faszystą, bo przyjął do 2 Korpusu Ślązaków - dezerterów z Wehrmachtu urodzonych na ziemiach należących do III Rzeszy i b. robotników przymusowych.  Niezgodnie nawet z uchwalonym przez komunistów prawem - pozbawiono go obywatelstwa polskiego, stopnia generalskiego tak samo jak generałów Maczka czy Sosabowskiego. W końcu po tylu latach należy im zwrócić honor i przywrócić należne miejsce w historii.